Star Citizen oferuje dziesiątki różnych aktywności, ale dla wielu graczy to właśnie Mining, Hauling oraz Salvage stają się głównym sposobem zarabiania pieniędzy. Z pozoru wszystkie wydają się proste – kopiemy, przewozimy lub odzyskujemy surowce. W praktyce każda z tych profesji rządzi się własnymi zasadami, wymaga odpowiedniego sprzętu i potrafi zaskoczyć zarówno pozytywnie, jak i bardzo boleśnie – i właśnie o tym chciałem z Wami porozmawiać. Opowiedzieć z własnej perspektywy, jak postrzegam każdą z tych profesji. Mam nadzieję, że ten tekst pomoże przede wszystkim początkującym zdecydować, która z tych czynności jest najbardziej dla nich.
Po moim powrocie do gry zająłem się każdą z profesji wymienionych w tytule. Przy każdej bawiłem się zarówno dobrze, jak i źle. Wydaje mi się jednak, że mimo iż każda z tych profesji reprezentuje niszę, którą wielu nazwałoby „nudnym grindem”, każda przedstawia ten aspekt w wyjątkowy i unikalny dla siebie sposób.
Mamy więc Hauling – czynność, która polega na teoretycznie żmudnym, ale dziwnie satysfakcjonującym przerzucaniu kontenerów Cargo z freight elevatora do wnętrza swojego statku. Co robimy później? Siadamy za sterami okrętu, odpalamy silniki, sprawdzamy, czy na pewno zwinęliśmy podwozie, i obserwujemy, jak brama hangaru powoli się otwiera. Następnie odpalamy mapę, sprawdzamy trasę i skaczemy w quantum.
Najczęściej chcemy zarobić, więc po drodze przechodzimy przez bramę Stanton–Pyro bądź odwrotnie. I nie oszukujmy się – w tej robocie chyba nic bardziej ekscytującego od przejścia między systemami nie będzie. No... może poza okazjonalnym graczem podczas rozładunku lub załadunku na Pyro, który postanowi uprzykrzyć nam dzień dla własnej satysfakcji.
Ale dalej! Jest to czynność nie tylko dochodowa, ale też bardzo satysfakcjonująca – nie wiedzieć dlaczego.
Później mamy Salvage, który osobiście sprawia mi najwięcej problemów. Bardzo lubię jego podstawy – bierzemy kontrakt, przylatujemy na miejsce i czyścimy wrak, pozyskując Recycled Material Composite. Jeżeli chcemy, możemy następnie rozwalić go na mniejsze fragmenty i zebrać Construction Materials.
Jednak najbardziej dochodowa część – czyli grabienie wraków ze sprzętu typu działa, napędy czy tarcze – jest dla mnie męcząca i dość irytująca. Raz, że trzeba znać ceny dziesiątek komponentów, a do tego nie każdy z nich można sprzedać. Niektóre mają wartość wyłącznie wśród graczy. Teoretycznie ogromny zarobek, jaki można na tym osiągnąć, rozbija się więc o to, że trzeba być ekspertem w wielu dziedzinach gry i chodzącym kalkulatorem. Nie wspomnę już o tym, że później trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie te wszystkie rzeczy sprzedać.
Ostatnia gałąź to zaś moje crème de la crème, czyli Mining, który jest moim faworytem. Lecimy, zbieramy skałki, wracamy do rafinerii, przetapiamy urobek i dostarczamy go do TDD. Dlaczego jest to moja ulubiona czynność z całej trójki? Wydaje mi się, że dlatego, iż nie jest tak skomplikowana jak Salvage – przynajmniej jego najbardziej dochodowa część – a z drugiej strony nie jest aż tak bardzo „AFK playstyle'em” jak Cargo Hauling.
Jest jakaś ukryta satysfakcja w skanowaniu systemu, sprawdzaniu po sygnaturach, do którego skupiska asteroid opłaca się podlecieć, a na koniec w „walce” z wiązką lasera, aby rozbić skałę, nie uszkadzając swojego statku ani urobku.
Jedno jest jednak pewne – każdemu z czystym sercem mogę polecić każdą z tych aktywności. Pod jednym warunkiem: danego dnia nie oczekujemy wybuchów, akcji i emocji, tylko chcemy odpalić grę i spokojnie „pochillować”, podziwiając piękno Star Citizen.
Po moim powrocie do gry zająłem się każdą z profesji wymienionych w tytule. Przy każdej bawiłem się zarówno dobrze, jak i źle. Wydaje mi się jednak, że mimo iż każda z tych profesji reprezentuje niszę, którą wielu nazwałoby „nudnym grindem”, każda przedstawia ten aspekt w wyjątkowy i unikalny dla siebie sposób.
Mamy więc Hauling – czynność, która polega na teoretycznie żmudnym, ale dziwnie satysfakcjonującym przerzucaniu kontenerów Cargo z freight elevatora do wnętrza swojego statku. Co robimy później? Siadamy za sterami okrętu, odpalamy silniki, sprawdzamy, czy na pewno zwinęliśmy podwozie, i obserwujemy, jak brama hangaru powoli się otwiera. Następnie odpalamy mapę, sprawdzamy trasę i skaczemy w quantum.
Najczęściej chcemy zarobić, więc po drodze przechodzimy przez bramę Stanton–Pyro bądź odwrotnie. I nie oszukujmy się – w tej robocie chyba nic bardziej ekscytującego od przejścia między systemami nie będzie. No... może poza okazjonalnym graczem podczas rozładunku lub załadunku na Pyro, który postanowi uprzykrzyć nam dzień dla własnej satysfakcji.
Ale dalej! Jest to czynność nie tylko dochodowa, ale też bardzo satysfakcjonująca – nie wiedzieć dlaczego.
Później mamy Salvage, który osobiście sprawia mi najwięcej problemów. Bardzo lubię jego podstawy – bierzemy kontrakt, przylatujemy na miejsce i czyścimy wrak, pozyskując Recycled Material Composite. Jeżeli chcemy, możemy następnie rozwalić go na mniejsze fragmenty i zebrać Construction Materials.
Jednak najbardziej dochodowa część – czyli grabienie wraków ze sprzętu typu działa, napędy czy tarcze – jest dla mnie męcząca i dość irytująca. Raz, że trzeba znać ceny dziesiątek komponentów, a do tego nie każdy z nich można sprzedać. Niektóre mają wartość wyłącznie wśród graczy. Teoretycznie ogromny zarobek, jaki można na tym osiągnąć, rozbija się więc o to, że trzeba być ekspertem w wielu dziedzinach gry i chodzącym kalkulatorem. Nie wspomnę już o tym, że później trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie te wszystkie rzeczy sprzedać.
Ostatnia gałąź to zaś moje crème de la crème, czyli Mining, który jest moim faworytem. Lecimy, zbieramy skałki, wracamy do rafinerii, przetapiamy urobek i dostarczamy go do TDD. Dlaczego jest to moja ulubiona czynność z całej trójki? Wydaje mi się, że dlatego, iż nie jest tak skomplikowana jak Salvage – przynajmniej jego najbardziej dochodowa część – a z drugiej strony nie jest aż tak bardzo „AFK playstyle'em” jak Cargo Hauling.
Jest jakaś ukryta satysfakcja w skanowaniu systemu, sprawdzaniu po sygnaturach, do którego skupiska asteroid opłaca się podlecieć, a na koniec w „walce” z wiązką lasera, aby rozbić skałę, nie uszkadzając swojego statku ani urobku.
Jedno jest jednak pewne – każdemu z czystym sercem mogę polecić każdą z tych aktywności. Pod jednym warunkiem: danego dnia nie oczekujemy wybuchów, akcji i emocji, tylko chcemy odpalić grę i spokojnie „pochillować”, podziwiając piękno Star Citizen.