Skocz do zawartości
Zobacz w aplikacji

Lepszy sposób przeglądania. Dowiedz się więcej.

Star Citizen - Polska Społeczność

Pełnoekranowa aplikacja na ekranie głównym z powiadomieniami push, plakietkami i nie tylko.

Aby zainstalować tę aplikację na iOS i iPadOS
  1. Kliknij ikonę Udostępnij w przeglądarce Safari
  2. Przewiń menu i dotknij Dodaj do ekranu głównego.
  3. Kliknij Dodaj w prawym górnym rogu.
Aby zainstalować tę aplikację na Androidzie
  1. Kliknij menu z trzema kropkami (⋮) w prawym górnym rogu przeglądarki.
  2. Kliknij Dodaj do ekranu głównego lub Zainstaluj aplikację.
  3. Potwierdź, dotykając Install.

O tym Klubie

Niezależnie od tego, czy przewozisz cenne minerały z Yelinu, dostarczasz medykamenty do medbaya na MicroTechu, czy przerzucasz kontrabandę pod czujnym okiem UEE – możesz na nas liczyć. Działamy szybko, dyskretnie i skutecznie. Nasze statki to nowoczesne jednostki gotowe do działania. https://robertsspaceindustries.com/en/orgs/SYNDISONS

Co nowego w tym klubie

  1. jonson007pl dołączył do klubu
  2. Wiem, że nie widziałeś jak robiłem.. gadałem do Ciebie... a TY nic hehe... myślałem, że uśmiechasz się do mnie a Ty się do manuala przetwornicy szczerzyłeś ;D
  3. Zdarzają się dni, kiedy nawet najbardziej zatwardziały pilot potrzebuje chwili dla siebie. Chłopaki mieli wolne – jedni poszli chlać, drudzy ruchać, trzeci pewnie leżą gdzieś do góry zbiornikiem w jakimś barze na Orisonie. A ja? Ja... postanowiłem po prostu rozpalić grilla. Ot, klasyk, widoki, kiełbaska, niskograwitacyjna samotność. Z hangaru wyciągnąłem Taurusa i obrałem kurs na Clio – myślałem: może znajdzie się jakieś ładne miejsce na czilałt. 59 gówniometrów dalej – nic. Ani jednego miejsca z godną grawitacją na postawienie rusztu. Ale za to znalazł się turysta. Gość bez wyobraźni, bez stylu, bez komunikacji. Leciał mi po ogonie jak pijany Gladius po wieczorze kawalerskim ale że z zapałem bojowym u mnie było wtedy jak z dostępnością parkingu na Area18 – czyli na minusie – to zadarłem nos, machnąłem skrzydłem i poszedłem w quantę w kierunku MicroTecha. I właśnie tam, po wyjściu z kwantowego skoku, coś mnie tknęło. Ten dźwięk, ten cholerny dźwięk. Ktoś inny wyszedł z quanty obok mnie ale zero komunikacji, zero transpondera, zero luzu. Programuję trajektorię na Lorville, odpalam napęd i znikam – bo jak wiadomo, gdzie dwóch turystów się ściga, tam trzeci powinien zapierdalać. Lorville, wiadomo – kolejki dłuższe niż historia wojen z Vanduulami, a lagi takie, że nawet MobiGlas musiał się chwilę zastanowić, kim jestem. Nie ma sensu – mówię sobie, Everus Harbor zawsze brzmi jak „Plan B”. I wtedy system ostrzegawczy w radiu wypieprza z komunikatem: Przepraszam, co? W strefie bez ostrzału? NIE NO BEZ JAJ.. Daję z buta w kwantę. Port Everus przed nami. Ląduję? A gdzie tam, Kolejka do hangaru jak w NFZ a jak już się otwiera, to zamyka zanim skończysz mówić „autoryzacja”. I wtedy – dźwięk, którego nie da się pomylić z niczym. idzie rakieta. Lewa płoza poszła w pizdu. Statek zaczyna wirować jak beret kaprala na paradzie, strata sterowności, dekompresja w przednim sektorze, wyciek quanty... i jeszcze ten jebany alarm w tle. Myślałem, że to koniec, DeliQuent u rodzinki, Armani na dymanku .. GOOD BYE Ale wiecie co? Jak się przeleci pół systemu z wyciekiem i leci się dalej tylko siłą przekleństw, to człowiek nie odpuszcza. Z bólem, z potem, z powtarzającym się w głowie „zaraz się rozpadnie, zaraz się rozpadnie” – wleciałem do hangaru jak cud techniki i desperacji. Taurus... przeżył. Ja – nie wiem czy do końca. Mechanicy rzucili się na statek, ja rzuciłem się na automat z tacosami Bo wiecie co? Waaalić grilla. Do dziennika: sprawdzić status płozy w systemie diagnostycznym. Status: JEBNIĘTA.
  4. Nie wiem, co go naprawdę ukształtowało, pytany, zmienia temat, opowiada dowcip, czasem przytoczy anegdotkę o tym, jak „kiedyś zasilacz do komory stazy robił z grzałki i szczoteczki do zębów”. Wiem jedno: ten człowiek ma za sobą coś, czego lepiej nie widzieć. Poznałem go ze 2 lata temu na HUR-L4. Zamówiłem kontrolę reaktora po nieudanym kursie przez Yela. Facet z obsługi mówi: Podeszliśmy do hangaru. Na środku – koleś bez rękawic, z ręką w komorze rozgrzanej do 80 stopni, śpiewający coś, co przypominało hymn starej floty, ale słowa się nie zgadzały, spojrzał na mnie i rzucił: I tak to się zaczęło, od słowa do słowa.. jakoś rezonowało aż w końcu spakował torbę z narzędziami, jakieś urządzenia i wyszedł razem ze mną. --- W misji na peryferiach Kellog padł system. Skok kwantowy zatrzymał nas tuż nad polem szczątków, które z zewnątrz wyglądało jak cmentarzysko całej generacji freelancerów. Byliśmy tam we dwóch, bez wsparcia no i bez chłodzenia - ogólnie byliśmy w gównie po uszy. Oczywistym było, że jeżeli nie stanie się cud to dołączymy do tych freelancerów... o zgrozo także lecieliśmy maxem. Chłopakowi coś się przypomniało po czym ni stąd ni z owąd rzucił: Skoro mam taki wybór... grzech nie skorzystać, usiedziałem jak siedziałem gryząc batona o bliżej nieokreślonym smaku i konsystencji a ten rzucił swoje Sweet mother of mercy i zaczął demontaż w ciszy. Widziałem jego ręce — blizny stare jak wojna z Tevarinami, palce pozaginane jak druty w panelu serwisowym, i ta koncentracja, miałem wrażenie że zażądał by kosmos nie miał prawa się ruszyć, póki on nie skończy. Nie wiem, co on tam zrobił, choć znam się na mechanice bo w końcu muszę, jestem pilotem statku ale nie zrozumiałem połowy tego co on w ogóle wypowiadał ale zanim systemy zaskoczyły, on już siedział przy włazie technicznym, odpoczywając ot tak jakby po prostu naprawił ekspres do kawy, a nie reaktor po mikro wybuchu. On nie był mile zaskoczony, nie był usatysfakcjonowany, że się udało. To nie była kwestia szczęścia tylko precyzyjnie wstrzyknięta wiedza inżynierska w układy statku. Spojrzałem wtedy na niego i tylko rzuciłem: I od tamtej pory został... Panem delikwentem - MsDeliQuent - wybitnie uzdolniona jednostka inżynieryjna. --- Po tych 2 latach wiem, że jego historia jest poszarpana, fragmenty się nie kleją. Wiem tylko, że kiedyś służył we flocie.Czy został wyrzucony? zrezygnował? może - ale nie zapomniał - dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Nie ma statku w naszym układzie o którym nie potrafił by opowiedzieć - chodzący manulal. UEE potrafi zrobić dobrego inżyniera. Ale to dopiero piekło robi z człowieka kogoś, komu ufasz, kiedy wszystko inne zawodzi. Dziś nadal jest z nami, nadal nie nosi munduru, nie trzyma się publicznych procedur i wkłada swój cylinder z monoklem gdy idziemy w miasto. Jeśli kiedykolwiek musiał bym wybierać między AI diagnostycznym a jego uchem przy kadłubie – zawsze wybierzesz jego. Niektórzy pytają, dlaczego w ogóle działa to, co latamy? Nie mamy najnowszych modeli, nie mamy wsparcia flotowego, ale mamy **MsDeliQuenta** a to znaczy, że mamy więcej, niż potrzeba.
  5. No to musimy sprzedać prawa do ekranizacji netflixowi 🤣
  6. Poznałem gościa gdzieś między Refinery Pointem na Hurstonie, a martwą stacją, której nikt nie zarejestrował w żadnej mapie. Miał wtedy na sobie kombinezon, który wyglądał jakby kosztował więcej niż mój statek. Mówił spokojnie, jakby całe Stanton było jego osobistą skrzynką ładunkową. Opowiadał jakąś historię, która mnie wciągnęła, mówił o zombiakach, jakiejś wyspie więźniów z której udało mu się uciec - ogólnie Hard Times człowieku - fajna historyjka puszczona w eter jak audycja nocna... Latał przez pół mapy, bo nie ufał nikomu na tyle, by zostawić coś komukolwiek po drodze. „Jeśli coś ma dolecieć, to tylko ze mną” – mówił. I nie był to przejaw pychy. To było... przeświadczenie. Zasada. Ale nie o tym miałem pisać... Chodzi o tamten kurs przez Cathcart. W każdym razie, lataliśmy osobno choć znaliśmy się z widzenia - w końcu robimy w tej samej branży, ja leciałem z medycznym ładunkiem do Baijini Point, on z komponentami napędowymi do jakiejś prywatnej stoczni na Yela. Kontakt radiowy mieliśmy tylko co kilkanaście minut więc jego opowieści się urywały – ale nie trzeba było więcej, opowiadał je wielokrotnie więc z czasem udawało skleić się wszystko w całość. Chyba nikt z słuchających jego opowieści nie robił kwasu że przerywa bo radio zawsze milczało gdy chłopak wchodził w zasięg. Tego dnia, tej chwili gdy zaczęły się jego opowiadania coś dziwnego się działo na radarach, coś się nie zgadzało. Sygnały zakłóceń. Skanery, które widziały cienie tam, gdzie nie powinny. W pewnym momencie cisza. Nie „brak sygnału”. Cisza. Taka, która chwyta cię za gardło i mówi: coś poszło bardzo, bardzo źle. Ludzie zaczęli się odzywać ... koleś jesteś tam? wywoływali go przez radio - bezskutecznie. Z tego co widziałem na radarze.. był już w pobliżu Scrapville, kiedy jak się okazało wpadł w pułapkę. XenoThreat. To nie taka oficjalna frakcja z wielkimi manifestami tylko tacy, co zostali i zdziczeli. Złomiarze, odrzutki, szaleńcy. Zatrzymali go, bo rozpoznali jego transponder. Bo kiedyś był jednym z nich. Nie opowiadał o tym wiele. Ale wiem, że był, czasami na radiu wymsknęło mu się to czy owo... był u nich głębiej, niż chciał. Pomagał w przerzutach — może jako pilot, może jako ktoś, kto tylko dostarczał sprzęt. Myślał, że to „dla idei”. A potem zobaczył, jak z tej idei robi się worek ciał w niskiej temperaturze. Jakoś uciekł, ledwo. Tego dnia nie miał dokąd uciec. Zatrzymali jego statek, wysłali ekipę abordażową i wtedy on ... podpalił własny statek - to o czymś świadczy, kim byli ci odszczepieńcy skoro wolał stracić ładunek niż się z nimi układać. Nie pytaj jak, nie pytaj, dlaczego zostawił wszystko, byle ich zatrzymać na tyle, by móc wskoczyć w kwant. Statek się nie uratował. On – ledwie żywy, wypalony niemalże do żywego mięsa, nadał sygnał awaryjny. Zebrałem go gdzieś na obrzeżu Strefy Cienia, gdzie już nawet sygnał ratunkowy brzmi jak modlitwa w kanale śmieciowym. Wszedł na pokład bez słowa. Cały kombinezon wypalony. Twarz poparzona. Ale usta – jak zwykle – uśmiechnięte. Mnie zamurowało... człowieku cały jesteś ? jak ty przeżyłeś przecież Twój kombinezon prawie nie istnieje Nie zapytał, czy może zostać - po prostu został, Jakby tam na zewnątrz nic się nie stało. I tak do dzisiaj lata z nami. Na jednej z wspólnych imprez został ochrzczony imieniem Armani za swój wyjątkowy styl ubioru, którego nie ukrywajmy - każdy mu zazdrościł. Dziś.. nie potrzebuję czarnej skrzynki, żeby wiedzieć, komu niejednokrotnie zawdzięczam życie. I wiem, że choćby cała flota Vanduuli zeszła się na nasze sygnały, Armani będzie ostatnim, który zostanie na kanale. ARMANI - Człowiek, który nie boi się płonąć, jeśli oznacza to, że inni przeżyją.
  7. Miałem wtedy 23 lata i wydawało mi się, że wszystko w życiu mam jeszcze przed sobą – niewiele umiałem, jeszcze mniej rozumiałem, ale miałem statek, chęć świrowania w przestrzeni, pełen bak i rozkaz: zabrać ładunek medyczny z Vega II do stacji Virgil I. Rutyna. Szybki kurs - a potem przyszli Vanduule. Kiedy stacja zaczęła się palić, większość statków w promieniu stu kilometrów nagle „zgubiła kontakt”. Ci, którzy mieli działa, uciekali. Ci, którzy mieli rozum, również. A ja... Zamiast wykonać rozkaz i uciec z ładunkiem – wróciłem. Sam nie wiem dlaczego. Możem głupi, może odruch, chyba panika i strach, myślenie mi się zawiesiło i spanikowałem, nie wiedziałem co robić. I wtedy go spotkałem. Silas Renn. Technik z Crusadera. Wyglądał jak człowiek, który nie spał od tygodnia i właśnie postawił sobie za cel utrzymać przy życiu trzydziestu rannych, przy pomocy generatora zrobionego z gumki recepturki i rozbitego ogniwa kwantowego. Nie zadał mi żadnego pytania. Po prostu wskazał na skrzynie i powiedział: Pracowaliśmy razem przez dwie godziny. To były dwie najdłuższe godziny mojego życia które uratowały mi życie. Silas kucał przy konsoli podtrzymywania życia, wyciągał przewody jak chirurg, który nie ma prawa się pomylić. Ja biegałem między wrakami z kapsułami stazy, które ledwo się chłodziły. I kiedy myśleliśmy, że może, może jeszcze to uratujemy – przyszła eksplozja. Nie widzieliśmy jej - ale poczuliśmy ją. Fala przeszła przez cały korytarz, zgniotła wejście. Zamknęła nas tam, razem. Na zewnątrz – cisza. Na radarze – Vanduul. W środku – kilkanaście trupów, dwie dusze. Silas znał jakieś stare obejście, jakieś techniczne wejście do nieużywanego Mercury Star Runnera, który służył kiedyś jako platforma testowa. To była ostatnia szansa. Uratowaliśmy siebie. Nie zdążyliśmy uratować nikogo więcej. DP: 2949-06-12 (Cztery lata później.) System Magnus. Myślałem, że Silas po tym wszystkim wróci na Orison ale się myliłem - został. Był "złotą rączką" człowiek, który potrafił naprawić to, co inni uznali za stracone - McGyver nowych czasów. Dostaliśmy zlecenie. Proste. Tak mówili, zdecydował że sam to załatwi, szybko pójdzie zaraz wraca. Reperacja modułu zasilania w starej bazie przemysłowej na orbicie Borea (Magnus II). Tak, tyle że to nie była żadna baza. To był punkt przeładunkowy dla Ninetailsów, którzy testowali przemyt przez trasę z Cathcartu. Nie chciał im pomóc,nie dał się zastraszyć, nie zgiął karku. Znalazłem jego ciało trzy dni później. A raczej to, co z niego zostało. Poćwiartowany. Pokazany. Oznaczony jak ładunek, który nie spełnił wymagań odbiorcy. Dziś mija dokładnie 6 lat od tamtej nocy na Virgil I. Czasami, kiedy siadam za sterami, łapię się na tym, że słyszę jego głos w radiu. Nie był żołnierzem ani bohaterem tylko zwykłym technikiem pokładowym, który został, bo ktoś musiał - tak o sobie mówił ale dla mnie był Supermanem. I dlatego to jemu zawdzięczam to, że dziś mogę być kapitanem. Zawsze z głową na karku. Z dala od grubych przewodów quanty. Z sercem na pokładzie. ✝ Silas Renn Urodzony: Orison, Crusader Zginął: Borea, Magnus II Niech gwiazdy będą jego tłem.
  8. Sarr dołączył do klubu
  9. Gdybyśmy chcieli kręcić wszystkie epizody, które się pojawią to wyszła by "Dynastia" albo"Zbuntowany Anioł" hahahaha tylko kto ma na to czas XD
  10. No Mess, to teraz tylko trzeba to nakręcić 😉
  11. Delson dołączył do klubu
  12. Zapis z Dziennika Pokładowego Kapitana – Data: 2945-06-11 Prawie, jakby to było wczoraj, choć minęły już długie lata. Nazywaliśmy ją Lina – choć prawdziwego imienia nikt z nas chyba nigdy nie poznał. „Eks-logistyczka z Hurston Dynamics” – tak o sobie mówiła ale nie była jak tamte korporacyjne szczury z biur Lorville. Ona miała w oczach przestrzeń. Spotkałem ją pierwszy raz w Wally’s Bar w New Babbage. Siedziała przy jedynym pojedynczym stoliku z kubkiem starego synthe-joe i patrzyła na przepisy celne, jakby to był poemat. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co naprawdę potrafi. Mówiła, że logistyka to jej życie. Że pracowała w dziale transportów Hurston Dynamics – tam, gdzie przewożą wszystko: od rudy z Lyria po sprzęt wojskowy do Everus Harbor. Mówiła, że w tych metalowych korytarzach nauczyła się jednego: ładunek zawsze musi trafić tam, gdzie trzeba – bez wymówek, bez opóźnień, bez zbędnych pytań. Zabrałem ją wtedy w pierwszy lot – prosty kurs do Area18. - taka podwózka w zamian za pomoc w załadunku. Nie prosiła o miejsce przy wieżyczce, nie chciała siedzieć za sterami, wystarczyła jej ładownia Lecieliśmy wtedy zmęczonym freelancerem - gdzie w ładowni no nie ma gdzie siedzieć ale Lina znalazła sobie miejsce i to leżące heh - do tego stopnia ufała swoim umiejętnością zarządzania ładunkiem. Przez radio słyszałem tylko krótkie meldunki: „Kontener zablokowany”, „Moduł załadowany”, „Możemy lecieć”. A statki… statki naprawdę „same dziękowały”. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś tak precyzyjnie upychał każdy centymetr ładunku, żeby każda skrzynia była gotowa na gwałtowne wyjście z quantum. Później opowiadała jak była głównym inżynierem w systemie zarządzania ładunkami sc-cargo.space - nie dziwię się choć sam tech i tak jest niczym w porównaniu z jej finezyjnością i tańcem z ładunkiem Ale… w przestrzeni nie ma nic wiecznego. Z czasem zaczęliśmy brać coraz trudniejsze zlecenia – czasem mining w cieniu asteroid przy Humboldt Mines, czasem transport broni dla Cargolympics. I Lina zawsze była w ładowni, zawsze milcząca, zawsze skuteczna. Szykowaliśmy kurs na Daymar – jeden z tych lotów, które na papierze wyglądają prosto, ale w rzeczywistości… Cóż, w rzeczywistości wiesz, że gdzieś w polu kwantowym czekają na ciebie piraci z Nine Tails. Lina nie mówiła wiele – tylko skinęła głową, kiedy kazałem jej przypiąć pasy. I wtedy zrozumiałem – w jej oczach był cień, którego wcześniej tam nie było. Ostatni raz widziałem ją w hangarze, gdy lekko poobijani dotarliśmy do celu. Wtedy w hangarze wiedziałem, że był to ostatni raz, nic nie mówiła ale to się dało odczuć, przez jedną krótką chwilę, jej wzrok, salut z drugiego końca hangaru był tak wymowny, że usłyszałem jak cisza zapada się sama w sobie. Po tamtej misji już się nie pojawiła. Mówią, że wróciła do Lorville, do dawnych znajomości w Hurston Dynamics. Może miała dość życia w cieniu – może postanowiła znaleźć port, gdzie nie trzeba stale walczyć o każdy oddech. Albo… może znalazła nową ekipę, która potrzebuje kogoś, kto potrafi robić cuda w ładowni. Ale za każdym razem, kiedy patrzę na jakiegokolwiek freelancera i widzę ładownie gotowe jak nigdy wcześniej – pamiętam Linę. Pamiętam jej cichy głos przez radio: „ładunek gotowy”. I wiem, że gdziekolwiek teraz jest – robi to, co potrafi najlepiej. Bo przestrzeń to nie miejsce – to stan umysłu. (Zamknąłem dziennik. Lina może zniknęła z naszych radarów, ale w naszych opowieściach będzie żyła wiecznie – bo w tej pracy nie chodzi tylko o kredyt. Chodzi o ludzi, którzy potrafią zbudować załogę tam, gdzie inni widzą tylko próżnię.)
  13. Utopijna (?) wizja współpracy w świecie Star Citizen: Czy to jeszcze marzenie, czy już rzeczywistość? Witajcie, Kosmiczni Bracia i Siostry! Wszyscy wiemy, jak wygląda życie w Star Citizen: tu masz quantum travel, tam nieoczekiwany crash… no i oczywiście – niedziałające organizacje w rozumieniu samego silnika gry. Cała masa organizacji na całym świecie. Większość powstaje z nadzieją, że wspólna flota, wspólne misje i wspólne memy w końcu utorują drogę do galaktycznego sukcesu. Ale czy to w ogóle możliwe? Czy utopijna wizja współpracy w tym uniwersum to tylko zbyt odległy sen? Zaryzykujmy i… powiedzmy, że tak! Wyobraźmy sobie: załogi różnych statków, różnych stylów życia i różnych ambicji spotykają się na jednym padzie. Mustangi mieszają się z Carrackami, a Sabre wita Cutlassa w atmosferze wzajemnego szacunku. Wszyscy pracują razem, bo w tej galaktyce jest miejsce dla każdego. Nawet dla kolesia, który w kółko pyta, kiedy wreszcie wylądujemy w Pyro… XD btw liczę, że pojawi się funkcjonalność malowania statków zgodnie z naszymi organizacyjnymi kolorami i wzorami albo chociaż pozwolą nanosić logo na poszycie haha. No ale ta utopia nie dzieje się sama. Wymaga kilku prostych rzeczy szacunku dla innych pilotów (tak, nawet jeśli lecisz w Starfarerze, który bardziej przypomina latający kontener niż statek), świadomości, że organizacja to nie tylko znaczek obok nicku, ale prawdziwa sieć powiązań, wspólnych celów i… wspólnych dram, no i komunikacji. Serio, nie ignorujmy komunikatu „Incoming call” – to właśnie tam może zacząć się nasz galaktyczny sojusz. SWT – trochę jak kosmiczny bar, trochę jak rodzina. Zawsze podchodzimy do spotkań z uśmiechem na gębie i dłonią na kaburze bo w sumie nigdy nie wiadomo a ponoć tylko wariaci są coś warci. Pokładamy nadzieję, że po tej drugiej stronie też jest ktoś kto chce z gry czerpać więcej niż tylko hedziki. W naszych kanałach nie ma miejsca na wieczny monolog kapitana, stwarzamy miejsce gdzie każdy wie co ma robić, każdy z nas pracuje wspólnie na utrzymanie statku, a do tego nie gardzimy kebabem gdy tylko wychodzimy z tych metalowych puszek pełnych pierdów. Każdy może dorzucić swoje trzy grosze – byleby nie były to żale o lagi. U nas nawet najbardziej wykręcony plan ma szansę zostać wysłuchany - o ile jest dochodowy 😉 Ale spokojnie nie tylko to się liczy, bo w między czasie po prostu uwielbiamy latać zwiedzać i podziwiać widoki które funduje nam świat Star Citizen. wiele z nich po prostu odbiera nam mowę. Wtedy zdejmujemy maski, i sprawdzamy kto dłużej wytrzyma na wdechu XD przegrany stawia piwo.. choć zazwyczaj już nie ma nic do powiedzenia.. hmmm o_O Nie chciałbym by to wszystko to był tylko sen. W tej grze i w tej galaktyce to od nas zależy, czy utopijna współpraca będzie tylko tematem na forum, czy rzeczywistą siłą, która popchnie nas wszystkich dalej. Bo w końcu – w Star Citizen nigdy nie jesteś naprawdę sam. Zawsze możesz znaleźć kogoś, kto spojrzy na ten sam kawałek kosmosu i powie: „No dobra, to lecimy razem!” Może to się uda może nie, Może jako Polska stworzymy bardzo silne community, które pozwoli nam na wielowymiarową współpracę, może uda się rozwinąć społeczność tak zrzeszoną .. ze inne narody będą mówiły... "Oh no, it’s the Poles… I’m out." Do zobaczenia gdzieś na szlaku.

Konto

Nawigacja

Szukaj

Szukaj

Skonfiguruj powiadomienia push w przeglądarce

Chrome (Android)
  1. Dotknij ikony kłódki obok paska adresu.
  2. Dotknij Uprawnienia → Powiadomienia.
  3. Dostosuj swoje preferencje.
Chrome (komputer stacjonarny)
  1. Kliknij ikonę kłódki na pasku adresu.
  2. Wybierz Ustawienia witryny.
  3. Znajdź Powiadomienia i dostosuj swoje preferencje.